Michał Narecki - blog

czyli moje przemyślenia na tematy około-technologiczne

Przypomniało mi się dziś powiedzonko zasłyszane w podcaście Firewalls Don't Stop Dragons: privacy is not just a me thing, it's a we thing. W naszym języku można to rozumieć jako: prywatność nie jest tylko moją sprawą, ale naszą wspólną. I wcale nie trzeba długo myśleć aby się z tym zgodzić. Kilka prostych przykładów: email, komunikator, menedżer haseł.

  1. Email – nasza prywatność nie opiera się wyłącznie na tym jak dobrze zabezpieczone są nasze wiadomości, ale przede wszystkim czy obie strony korzystają z szyfrowanej poczty. Jeśli tylko jedna strona szyfruje wiadomości to i tak lepsze niż nic. Jednak do pełnej prywatności potrzeba dwojga. Korzystając z okazji polecam Tuta Mail, z której korzystam na co dzień i jeszcze się nie zawiodłem. Poza pocztą dostajesz kalendarz i zarządzanie kontaktami.
  2. Komunikator – bezpieczna rozmowa wymaga aby zarówno nadawca jak i odbiorca korzystali z bezpiecznego komunikatora. W moim słowniku bezpieczny to taki, który zapewnia szyfrowanie end-to-end. Mało tego, szyfrowanie musi być domyślnie włączone i bezproblemowe. Moje ulubione aplikacje z tej kategorii – Delta Chat i Signal – spełniają oba kryteria. Co mam na myśli pisząc bezproblemowe szyfrowanie? Ano takie, które niezawodnie działa w tle i nie wyrzuca komunikatów o niemożności odczytania danej wiadomości (co się zdarza np. w komunikatorach używających protokołu Matrix).
  3. Menedżer haseł – tutaj wpływ na prywatność nie jest aż tak bezpośredni i namacalny ale pozwól, że wyjaśnię o co mi chodzi. Silne, unikalne hasła chronią nasze konta, ale ich skuteczność zależy od tego, czy wszyscy członkowie zespołu lub rodziny przechowują je w bezpiecznym miejscu. Zatem słabe, powtarzalne hasła oznaczają często przejęte konta i wycieki wrażliwych danych, w tym danych osób postronnych. Już wiesz czym to grozi? Dobrze, to teraz pokaż ten wpis znajomym. Niech i oni zadbają o zabezpieczenie swoich kont w różnych serwisach online. Bonusowe punkty za aktywowanie MFA. W tej kategorii polecam Bitwarden.

Myślę, że powyższe przykłady wystarczająco dobrze pokazują jak ważne jest wspólne działanie na rzecz ochrony prywatności w sieci. Celowo wybrałem te 3 obszary bo często są one cytowane jako łatwe do zrealizowania pierwsze kroki. Zresztą warto pamiętać, że dążenie do większej prywatności to nie sprint, a raczej maraton. Nie musisz się spieszyć ani robić wszystkiego naraz. Zacznij od jednego obszaru i małymi krokami buduj swoją cyfrową tarczę. Powodzenia! 🤞🏻

#prywatność

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Jestem świeżo po lekturze “Fossil Future” Alexa Epsteina więc podzielę się z wami kilkoma spostrzeżeniami. Zacznę od tego, że książka jest bardzo mocna pod względem merytorycznym. Argumenty przedstawione przez autora powinny przekonać nawet najbardziej zatwardziałego eko-terrorystę. Oczywiście chodzi o zalety paliw kopalnych, jak wskazuje tytuł książki. Pewnym minusem w tekście były dla mnie częste powtórzenia oraz nieco toporny język. Cóż, nie jest to literatura piękna. Liczy się siła argumentów. Dlaczego więc potrzebujemy paliw kopalnych – węgla, ropy i gazu – aby się rozwijać jako ludzkość? I dlaczego OZE nie są w stanie obecnie zastąpić taniej energii ze źródeł kopalnych? Mało tego: dlaczego wiadomości o nadciągającej katastrofie klimatycznej (planeta płonie!) są mocno naciągane? I w końcu dlaczego tzw. eksperci wygadują brednie? Winny jest przede wszystkim domyślny system wartości, który autor określa mianem anti-impact framework (każda ludzka ingerencja w środowisko jest zła). Nawet jeśli nie wyznajesz go w sposób jawny to media głównego nurtu dbają o to abyś się bał(a) nadchodzącej apokalipsy spowodowanej śladem węglowym i emisjami dwutlenku węgla, które przecież mają same negatywne konsekwencje (sarkazm). Na szczęście jest ratunek – dla nas samych i naszego środowiska – human flourishing framework, czyli skupienie się na rozkwicie ludzkości. Jak ten rozkwit wygląda? I jak ważne są przy tym paliwa kopalne? Poniżej cytuję 3 argumenty popierające dalsze korzystanie z tych sprawdzonych źródeł energii.

  1. Szybki rozwój gospodarczy i redukcja ubóstwa. Epstein podkreśla, że dostęp do taniej i obfitej energii pochodzącej z paliw kopalnych umożliwił masowy wzrost produkcji żywności, przemysłu i infrastruktury. Dzięki temu liczba osób żyjących poniżej progu ubóstwa dramatycznie spadła w krajach, które przyjęły nowoczesne technologie oparte na węglu, ropie i gazie.
  2. Poprawa zdrowia i wydłużenie średniej długości życia. Autor wskazuje, że dzięki energetycznemu “boomowi” możliwe stało się wprowadzenie nowoczesnych systemów opieki zdrowotnej, czystej wody pitnej i lepszych warunków sanitarnych. To wszystko przyczyniło się do znacznego wydłużenia średniej długości życia i zmniejszenia śmiertelności z powodu chorób zakaźnych.
  3. Niezawodność i dostępność w porównaniu z odnawialnymi źródłami. Epstein argumentuje, że paliwa kopalne zapewniają stabilną, ciągłą moc niezależnie od warunków pogodowych, co jest kluczowe dla funkcjonowania przemysłu, transportu i codziennego życia. Odnawialne źródła, choć ważne, wciąż borykają się z problemami magazynowania energii i zmiennością produkcji, co ogranicza ich zdolność do całkowitego zastąpienia paliw kopalnych w najbliższym czasie.

Tego typu przykładów jest w książce więcej dlatego polecam lekturę, a przynajmniej zapoznanie się z najważniejszymi punktami. W razie czego zapytajcie najbliższego LLM-a ;)

Podsumowując: jeśli spojrzymy na rozwój ludzkości przez pryzmat human flourishing widzimy od razu, że dostęp do taniej i niezawodnej energii (którą dziś zapewniają paliwa kopalne) jest fundamentem, na którym budujemy lepszą opiekę zdrowotną, edukację i możliwości ekonomiczne. Bez węgla, ropy czy gazu wiele inicjatyw technologicznych, również tych chroniących nas przed samym klimatem (burze, pożary lasów, powodzie, itp.) nie miałoby szansy rozkwitu. Widzimy tu realny postęp i poprawę jakości życia (i są na to twarde dane!).

Ten wpis w zasadzie nie miał być recenzją ale możecie go tak potraktować. W każdym razie szczerze polecam lekturę ”Fossil Future”. Mam nadzieję, że będzie to dla was bardzo odświeżająca perspektywa!

#książki #books

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Podczas oglądania świeżej produkcji na Prime Video – Skok (Steal) – zwróciłem uwagę na motyw, który się powtarza w różnych produkcjach telewizyjnych. Chodzi o swego rodzaju kryminalizację narzędzi takich jak VPN czy szyfrowany komunikator. Narzędzi, które w moim ogródku uznawane są za niezbędne w kontekście ochrony prywatności w sieci. BTW, pisząc 'w moim ogródku' mam na myśli osoby, które obserwuję m. in. na Mastodonie. W serialu główna bohaterka używa właśnie VPN-a aby dostać się do skradzionych funduszy a następnie umieścić je w tzw. 'cold wallet' (portfel offline do przechowywania kryptowalut). Z jednej strony dobrze, że wykazuje się przezornością, z drugiej strony jej zachowanie wyraźnie wskazuje komu może przydać się VPN. Podobnie sprawa wygląda w przypadku bezpiecznych komunikatorów. Przykład jaki się tu nasuwa to Mr. Robot, pokazujący jak hakerzy mogą polegać na szyfrowanych aplikacjach do ukrywania swoich działań. Choć do tej produkcji mam akurat słabość i zdecydowanie polecam obejrzeć. W przeciwieństwie do innych seriali postać hakera została przynajmniej pokazana w dość zniuansowany sposób.

Codziennie korzystam z bezpiecznych komunikatorów i poczty, pełnego szyfrowania dysku laptopa oraz z VPN-a (bo kto mi zabroni). Czy w związku z tym robię coś złego lub podejrzanego? Nie sądzę. Nie chcę tylko aby przeciętny widz kojarzył te narzędzia wyłącznie z przestępczością. Dlatego brońmy prywatności i narzędzi, które pozwalają nam ją zachować.

#prywatność #VPN #szyfrowanie

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

...tworzyć jeszcze krótsze wpisy, ale robić to częściej? Hmm, zobaczymy, może i ma to sens. W najgorszym przypadku zawsze mogę ogłosić, że kończę eksperyment ;) Anyway, ostatnio życie zaserwowało mi taki obrazek: studenci na korytarzu, siedzący osobno, każdy wpatrzony w nieduży świecący prostokąt. Dobrze wiecie o co mi chodzi. Swoją drogą celowo nie piszę ”osoby studenckie” bo: 1) jestem za stary aby zmieniać nawyki językowe, 2) nie uznaję tej nowomowy, ani żadnych innych iksatywów. Ale wracając do tematu... Od razu pomyślałem sobie: my jako studenci często rozmawialiśmy ze sobą w trakcie przerw między zajęciami. Fakt, że smartfony dopiero się upowszechniały i wynalazki pokroju TikToka jeszcze nie istniały. Mimo to widzę, że w ciągu tych 15-20 lat dużo się zmieniło i brain rot wcale nie jest jakimś abstrakcyjnym pojęciem. Pocieszające jest to, że podobno da się wyjść z tego uzależnienia od smartfona i dopaminy. Trzeba tylko chcieć. Szkoda natomiast, że zarówno giganci technologiczni jak i presja otoczenia działa na niekorzyść współczesnej młodzieży. Żaden ze mnie psycholog ale kilka książek w temacie psychologii (również uzależnień) przeczytałem. Tematy z pogranicza technologii oraz psychologii wydają mi się z jednej strony fascynujące a z drugiej niestety dość przerażające. Kończąc dzisiejszy wpis mam nadzieję, że z perspektywy lat będziemy patrzeć na cyfrowe uzależnienia jak na każde inne uzależnienie, tj. niekorzystne dla nas samych i naszego otoczenia.

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Wpadłem na pomysł, że podzielę się z wami listą książek, które przeczytałem w kończącym się roku 2025. Nie przypominam sobie abym wcześniej publikował taką listę gdziekolwiek. A jest co wymieniać: w tym roku lista liczy sobie 27 pozycji 📚 Żeby było zabawniej na początku roku wyznaczyłem sobie skromny cel — przeczytać 12 książek, 1 na miesiąc. Jednak jak widzicie wyszło nieco lepiej 😆 Może niektóre z tych pozycji już znacie, a pozostałe zachęcą was do sięgnięcia po daną lekturę.

Ok, jedziemy zatem z listą. Przyjąłem kolejność chronologiczną: od stycznia do grudnia. Obok podaję moją ocenę w skali od 1 do 5. Listę sporządziłem na bazie moich statystyk z Goodreads. Jeśli książka została wydana po angielsku to sięgałem właśnie po oryginał.

  1. The Psychology of Money, Morgan Housel; 5/5, rewelacyjna książka, naprawdę otwiera oczy w kwestii pieniędzy i oszczędzania
  2. The Miracle Pill, Peter Walker; 4/5, wiadomo — ruch to zdrowie
  3. Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu, Jacek Hołub; 4/5
  4. The Four Noble Truths, Ajahn Sumedho; 3/5, książkę polecił mi jeden ze studentów
  5. The Anxious Generation, Jonathan Haidt; 4/5, na pewno jedna z ważniejszych pozycji w kontekście uzależnienia od smartfonów
  6. Przebodźcowani: Szukając siebie w świecie nadmiaru, Urszula Sołtys-Para; 3/5
  7. Nine Minds: Inner Lives on the Spectrum, Daniel Tammet; 5/5, przepiękne historie!
  8. Cywilizacja Słowian. Prawdziwa historia największego ludu Europy, Kamil Janicki; 4/5
  9. The Pathless Path: Imagining a New Story For Work and Life, Paul Millerd; 4/5, przedstawia nowe perspektywy na pracę i życie codzienne
  10. Od lekarza do kucharza, Danuta Myłek; 3/5, ciekawe porady żywieniowe, niestety język do poprawy, a niektóre przepisy niezrozumiałe dla laika
  11. The Last Stargazers, Emily M. Levesque; 4/5, bardzo zajmująca lektura
  12. The Right to Oblivion: Privacy and the Good Life, Lowry Pressly; 3/5, temat arcyciekawy, ale forma zbyt akademicka
  13. Thinking, Fast and Slow, Daniel Kahneman; 4/5, taki trochę klasyk w dziedzinie nauki o mózgu
  14. Głaskologia, Miłosz Brzeziński; 5/5, książka z gatunku poradników, do tego naprawdę ciekawa
  15. Such a Bad Influence, Olivia Muenter; 4/5, powieść, przy której świetnie się bawiłem
  16. Nierówności po polsku, Paweł Bukowski; 4/5, fascynujący reportaż
  17. Means of Control, Byron Tau; 5/5, książka obnażająca rynek brokerów danych oraz współpracę firm technologicznych z rządem, zdecydowanie warto się zapoznać
  18. Bóg techy, Sylwia Czubkowska; 5/5, kolejna pozycja poruszająca temat big techów i naszej (kurczącej się) prywatności
  19. Inwazja jaszczurów, Karel Čapek; 4/5, dziwna to była powieść, ale nie żałuję
  20. Silent Spring, Rachel Carson; 4/5, o tej klasycznej pozycji pisałem już na blogu
  21. Kryzys narracji i inne eseje, Byung-Chul Han; 4/5, książka o tym jak kapitalizm zawłaszcza narracje
  22. Merlin's Tour of the Universe, Neil deGrasse Tyson; 4/5, dziwie się, że dopiero w tym roku sięgnąłem po tę zabawną popularnonaukową pozycję
  23. Homo caelestis. Niezwykła opowieść o tym, kim się stajemy, Tommaso Ghidini; 4/5, książka napisana przez Włocha, co daje się miejscami odczuć, oczywiście w pozytywny sposób
  24. Black Cake, Charmaine Wilkerson; 4/5, od tej powieści po prostu nie mogłem się oderwać
  25. Enshittification: Why Everything Suddenly Got Worse and What to Do About It, Cory Doctorow; 5/5, temat poważny ale potraktowany z humorem typowym dla Doctorowa; książkę niedawno recenzowałem na blogu
  26. Spokojny Mózg, Justyna Żejmo; 3/5, poradnik o tym jak budować odporność psychiczną, niestety niezbyt odkrywczy
  27. Hidden Potential: The Science of Achieving Greater Things, Adam M. Grant; 4/5, kawał dobrej psychologicznej roboty.

Jak minął twój rok pod kątem czytelniczym? Wiem, że sporo osób sięgało po Bóg techy Sylwii Czubkowskiej. Czy i ty jesteś wśród nich?

#książki #books

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Jakiś czas temu pytanie to nie dawało mi spokoju. Zatem 'me being me' musiałem temat zbadać dogłębnie. Od razu cię uspokoję, drogi czytelniku, że odpowiedź prawdopodobnie brzmi nie — raczej nie potrzebujesz VPN-a. Na wstępie zaznaczę, że pisząc VPN mam na myśli komercyjne usługi takie jak Proton VPN, Mullvad, czy IVPN. Oryginalnie pojęcie to odnosiło się zwłaszcza do sieci firmowych, do których pracownicy mogli uzyskać zdalny dostęp właśnie za pośrednictwem Virtual Private Network, bo tak brzmi pełna nazwa skrótowca. Dziś w większości przypadków mówimy o usługach, które w gruncie rzeczy tworzą tunel między naszymi urządzeniami a resztą internetu, tym samym ukrywając nasz adres IP. I w dużym skrócie tutaj ich rola się kończy — na 'podmiance' IP. Owszem, porządne VPN-y oferują dodatkowe opcje w postaci np. blokowania reklam lub omijania cenzury, co niektórym osobom może się spodobać. Jednak zasada działania jest podobna w przypadku wszystkich tego typu usług: podmienić IP i tym samym dać użytkownikowi trochę więcej prywatności. W pewnym uproszczeniu: w momencie gdy łączysz się przez VPN twój ruch sieciowy przechodzi przez serwery operatora, co sprawia, że 'giniesz w tłumie' innych użytkowników. Dodatkowo — co jest bezsprzeczną zaletą takiego tunelowania — możesz się łączyć z dowolnego miejsca na świecie i omijać ograniczenia regionalne, np. w serwisach streamingowych. Podejrzewam, że sporo osób korzystających z VPN-ów potrzebuje właśnie tej opcji, nie dbając przy tym o inne aspekty. OK, w jakich więc sytuacjach warto rozważyć zakup VPN-a? Jest kilka możliwych scenariuszy:

  • Gdy chcesz ominąć blokady regionalne
  • Gdy chcesz nieco więcej prywatności, a do tego nie lubisz reklam i skryptów śledzących
  • Gdy jesteś na wakacjach za granicą i potrzebujesz połączyć się z kraju zamieszkania
  • Gdy korzystasz z niezaufanych sieci WiFi
  • Gdy jesteś w kraju, który cenzuruje wybrane strony i treści
  • Gdy jesteś paranoikiem i chcesz ukryć swoje poczynania w sieci nawet przed dostawcą internetu (ISP)

Wszystko to możesz osiągnąć pod warunkiem, że wybierzesz rzetelnego dostawcę VPN. Co w tym wypadku oznacza rzetelny? Ano taki, który nie zachowuje logów oraz przechodzi regularne audyty bezpieczeństwa. Sprawdzone rekomendacje znajdziesz np. na stronach Privacy Guides.

Jeśli o mnie chodzi to w ramach testów korzystałem z Proton VPN i Mullvad. Oba rozwiązania są warte polecenia. Proton oferuje wersję darmową na jedno urządzenie oraz plany płatne, podczas gdy Mullvad to usługa płatna (mają tzw. flat rate: 5 EUR miesięcznie). Będąc za granicą i korzystając z hotelowego WiFi czułem się zdecydowanie lepiej mając włączonego VPN-a. Jednak jak dla mnie największą wadą jakiegokolwiek VPN-a jest to, że często ich adresy IP są blokowane przez dostawców treści. Dwa przykłady specjalnie dla was: Reddit całkowicie blokuje adresy Mullvada; a moja poczta służbowa (w domenie uczelni) nie chce współpracować gdy łączę się z polskich serwerów Mullvada. Powiem tak: na co dzień nie korzystam z VPN-a, bo to po prostu niepraktyczne. Oczywiście w twoim przypadku może być inaczej. Nie zapominajmy też, że dobry VPN (trochę) kosztuje co może być barierą dla niektórych osób. Tak czy siak, warto wiedzieć kiedy taka usługa może nam się przydać i korzystać wedle potrzeb. Mam nadzieję, że pomogłem 😉

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Zacznijmy od tego, że nie każdy potrzebuje aplikacji lub platformy do prowadzenia i zapisywania notatek. Jednak ci z nas, którzy mają taką potrzebę na pewno nam o tym powiedzą — wychwalając pod niebiosa swoje ulubione rozwiązanie. Jeśli o mnie chodzi to... nie zamierzam tego robić. To znaczy owszem, znalazłem wreszcie bardzo dobre narzędzie ale wiem, że prawdopodobnie nie każdemu ono 'podejdzie'. Ale po kolei.

Przez długi czas właściwie nie korzystałem z jednej konkretnej platformy. Jeśli już miałem coś do zapisania to wystarczał mi plik na dysku, dokument online (najpierw Google Docs, później Proton Docs), czy nawet notatka na Signalu czy Delta Chat (tzw. zapisane wiadomości). Jednak jakieś 4-5 lat temu pojawił się pomysł aby w ramach moich zapisków udostępniać materiały studentom. I tu zacząłem testować HedgeDoc, który w tej roli sprawdzał się wyśmienicie. W zasadzie nadal się sprawdza bo aplikację mam postawioną na wynajmowanym VPS-ie w ramach własnej instancji Yunohost. Można zadać pytanie: w czym więc problem? Ano w tym, że w razie wpadki, nieudanej aktualizacji czy innych dziwnych zdarzeń mogę łatwo stracić moje notatki. Niby mam backupy ale jednak trzeba o tym myśleć i na bieżąco aktualizować. Rozpocząłem więc poszukiwania czegoś co po prostu działa a jednocześnie dba o moje dane. No i długo szukać nie musiałem. Z poprzednich doświadczeń znałem jeszcze apkę Standard Notes, która jakoś w moim przypadku 'nie zaskoczyła'. Być może była to kwestia interfejsu, choć pewnie raczej kwestia ceny, która nieco mnie zaskoczyła 💰 Najnowszym odkryciem okazał się Notesnook, w którym właśnie przygotowuję szkic tego wpisu 🙂

Przyznam, że o Notesnook też wcześniej słyszałem — i to dosłownie — w jakimś podcaście (Techlore talks?). Jednak jakoś nie było nam po drodze, aż do teraz. Z aplikacji korzystam od ok. tygodnia i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Pozwólcie, że wymienię parę 'ficzerów', które przemawiają na jej korzyść:

  • dostępny plan darmowy (choć z ograniczeniami)
  • plan Essential (mój wybór) to tylko ok. 90 PLN rocznie
  • możliwość grupowania notatek w tzw. notatniki (notebooks)
  • obsługa tagów
  • obsługa przypomnień
  • możliwość publikowania notatek na zewnątrz
  • pełne szyfrowanie
  • bieżąca synchronizacja i zapisywanie notatek w chmurze
  • ta sama aplikacja na różne platformy
  • tryb skupienia (focus mode)
  • obsługa skrótów Markdown oraz import plików .md
  • przejrzysty edytor + wiele opcji formatowania

Żeby nie było zbyt pięknie są też niedociągnięcia. Pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę to brak tłumaczenia interfejsu aplikacji na język polski. Fakt, że jestem ostatnią osobą, której to przeszkadza ale warto o tym wspomnieć. Na szczęście autokorekta działa w wielu językach, w tym po polsku. Druga i chyba ostatnia kwestia, którą twórcy mogliby poprawić lub zmienić to obsługa Markdown. Wiem, że wymieniłem to jako jeden z plusów powyżej. Jednak to co oferuje Notesnook nie jest pełnym wsparciem, tylko pewnym ułatwieniem przy wprowadzaniu tekstu. Wszystko co wpisujemy jest na bieżąco konwertowane do 'rich text', a więc tracimy przy okazji znaczniki MD. Dla mnie nie jest to może największą bolączką ale jeśli jesteś Markdown ninja to musisz o tym wiedzieć. Tak czy owak warto aplikacji dać szansę.

A wy z jakich narzędzi do notatek korzystacie? 🤔

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Jeszcze do niedawna opierałem się użyciu tzw. AI do codziennych zadań, zwłaszcza tych związanych z pracą. Moje obawy wiązały się z wielkimi modelami takimi jak ChatGPT, Gemini czy Grok. W sumie nadal nie ufam tym 'czatom', bo nie wiem jak wykorzystają moje dane oraz dane osób w moim otoczeniu. Bo pamiętajmy: moja prywatność pokrywa się z twoją. Prawie nigdy nie jest tak, że moje wybory nie mają wpływu na moje otoczenie (i vice versa). Do tego dochodzą kwestie środowiskowe i etyczne. Nie od dziś wiadomo, że LLMy (Large Language Models) 'przepalają' olbrzymie ilości zasobów, zwłaszcza jeśli chodzi o potrzebną moc obliczeniową. Na marginesie dodam, że nie tak dawno próbowałem odpalać jakiś nieduży model na własnej maszynie. Powiem tylko, że rezultaty nie były zadowalające, a procesor w laptopie grzał się niemiłosiernie. Ale do rzeczy. Pod kątem etyki LLMy też zazwyczaj nie wypadają dobrze. Nawet jeśli model oznaczony jest jako open source to wcale nie oznacza, że był szkolony na danych ogólnodostępnych i podlegających wolnym licencjom. W praktyce jedynie wagi modelu są otwarto-źródłowe. W największym uproszczeniu chodzi tu o parametry modelu czy liczby definiujące siłę połączeń w sieci neuronowej. Jedak ja dzisiaj nie o tym...

W związku z powyższym raczej unikałem popularnych czatbotów. I chciałbym napisać, że wszystko się zmieniło gdy Proton ogłosił własnego asystenta Lumo. Początkowo uznałem to za ciekawostkę i, owszem, sprawdziłem parę razy jak wspomniany asystent działa. Muszę przyznać, że nie byłem zachwycony. Ba, nawet teraz miewam momenty gdzie pozostaje tylko wykonać gest facepalm. Może nawet double facepalm. Po prostu czuję, że wypada być w tym temacie szczerym i w miarę obiektywnym. Ot prosty przykład: Lumo zapytany (po polsku) o vouchery na usługi Protona odesłał mnie do... nieistniejącej strony store.proton.me, podczas gdy właściwa strona to shop.proton.me. Więc tak jak każdy 'szanujący się' LLM popełnia błędy i zmyśla. Choć technicznie rzecz biorąc AI nie może zmyślać ani 'halucynować' bo nie zna pojęcia prawdy. Podsuwa nam tylko to co brzmi dobrze, jak autokorekta na sterydach. Pomijając jednak tego typu wpadki, które możemy dość szybko zweryfikować i poprawić, Lumo działa całkiem nieźle i faktycznie pomaga mi w pracy. Mało tego, z okazji Black Friday sprawiłem sobie wcześniejszy prezent mikołajkowy — subskrypcję Lumo+ na rok. Przy kwocie ok. 240 PLN na rok wychodzi 20 PLN na miesiąc. W porównaniu z kosztami subskrypcji takiego ChataGPT (100 PLN/mies.) to naprawdę dobry 'deal' 🤝

Jako nauczyciel akademicki doceniam, że mogę z pomocą Lumo przygotować angażujące materiały na zajęcia, handouty, lub quizy. Ponieważ pracuję z językiem angielskim nie mam większych zastrzeżeń do działania tego narzędzia. Jak powszechnie wiadomo większość treści w internecie — a więc danych treningowych — jest po angielsku. Zatem w pracy z językiem Lumo sprawdza się bardzo dobrze. Nieźle radzi sobie też z generowaniem fragmentów kodu. Potrafi przeszukiwać sieć i podawać bieżące informacje wraz ze źródłami. Co jednak najważniejsze z mojego punktu widzenia: rozmowy z czatem pozostają poufne, Proton (ani nikt inny) nie ma do nich dostępu. Czym innym pozostaje kwestia wpływu na środowisko i pochodzenia danych treningowych (etyczność). Niestety nie mam wiedzy na temat źródeł danych wykorzystanych przy uczeniu modelu. Jeśli natomiast chodzi o zużycie zasobów to niech każdy sobie odpowie na pytanie: czy warto skorzystać z LLMa czy może jednak wystarczy szybkie wpisanie hasła w DuckDuckGo 🦆 lub innej wyszukiwarce szanującej naszą prywatność. Zdumiewająco często wystarczy to drugie podejście. W momencie gdy jednak potrzebujemy czegoś więcej — artykułu na zadany temat wraz z quizem sprawdzającym słownictwo — Lumo będzie lepszym rozwiązaniem. Podejrzewam, że dla wielu osób nawet wersja darmowa powinna wystarczyć. Jednak jeśli zależy ci na zachowaniu historii czatów, nieograniczonych zapytaniach i lepszych modelach to warto rozważyć wersję z plusem. Dodatkową motywacją do zakupu może być wsparcie Protona — firmy, która słynie z konkretnych rozwiązań na rzecz prywatności. I żeby nie było: ten post nie jest sponsorowany. Po prostu dzielę się tym co uważam za wartościowe 🙂 Do następnego! 👋🏻

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Wybaczcie drodzy czytelnicy ten nieco wulgarny tytuł ale to nie ja jestem autorem tego zaskakująco trafnego tłumaczenia oryginalnego terminu. Takie rzeczy znajdziecie tylko na Mastodonie, czyli platformie która bardzo dobrze opiera się zjawisku zdefiniowanemu i opisanemu przez Cory Doctorowa w jego najnowszej książce. Mowa tu o wspomnianej Enshittification, która doskonale pokazuje procesy zachodzące na świecie, zwłaszcza w kontekście dużych platform internetowych. Poniekąd można by te procesy zrzucić na kapitalizm w jego schyłkowej fazie, ale mam wrażenie, że chodzi o coś więcej. Czytając książkę również przeczuwałem, że autor chce nam przekazać o wiele więcej przemyśleń niż tylko narzekać na kapitalizm. Bo o ile system ten sprawdzał się i wciąż w wielu dziedzinach sprawdza się całkiem nieźle to w przypadku molochów technologicznych wymaga pewnych regulacji. Co do tego nie mam już złudzeń. Być może po prostu się starzeję 👴🏻😉

Przejdźmy pokrótce do omówienia najważniejszych zagadnień poruszanych w książce. Doctorow opisuje zjawisko 'zgównowacenia' jako proces, w którym platformy cyfrowe zaczynają coraz bardziej degradować jakość usług, aby maksymalizować zyski kosztem użytkowników. Proces składa się z 3 głównych części:

  • Faza przyciągania, w której dana platforma zachęca użytkowników do dołączenia i kusi ich atrakcyjnymi funkcjami czy wygodą (jako przykłady autor podaje Facebooka, Amazon, iPhone'a czy Twittera).
  • Faza monetyzacji: po zdobyciu dużej liczby użytkowników platforma wprowadza płatne modele, reklamy i inne mechanizmy, które psują pierwotną wartość usługi.
  • Faza “enshittification”: platforma priorytetowo traktuje własny zysk ponad doświadczenie użytkownika. W efekcie usługa staje się mniej użyteczna, bardziej inwazyjna i trudniejsza do opuszczenia (np. zamknięte ekosystemy, płatne dodatki, agresywne reklamy).

Cały ten cykl jest napędzany przez:

  • zanik konkurencji,
  • regulacje, które nie nadążają (prawo antymonopolowe i ochrony konsumenta),
  • kulturowe przyzwyczajenie do akceptacji coraz gorszych warunków w zamian za wygodę.

Autor jednocześnie przedstawia kilka rozwiązań, które jego zdaniem powinny uzdrowić tę chorą sytuację. Pisze o tym w drugiej części książki. Znajdziemy tam między innymi takie propozycje:

  • konieczność rozbicia / podziału wielkich platform, z wykorzystaniem przepisów antytrustowych,
  • zachęta do budowania alternatyw; wspieranie otwartych, zdecentralizowanych projektów, które mogą konkurować z zamkniętymi ekosystemami,
  • zwiększanie świadomości konsumentów: edukowanie użytkowników o tym, jak rozpoznawać i unikać produktów w fazie “enshittification”.

Krótko mówiąc: Enshittification to analiza, dlaczego technologia, która kiedyś była narzędziem emancypacji, coraz częściej służy wyzyskowi użytkowników, oraz zestaw konkretnych propozycji, jak możemy odwrócić ten trend poprzez regulacje, rozbicie monopoli i rozwój otwartych alternatyw. Moja ocena książki? 5/5

Przykłady platform cytowane powyżej, chyba najlepiej oddają zjawisko 'gówni pochyłej'. Doctorow bardzo szczegółowo podszedł do tematu i każdy z nich rozwinął na kartach książki. Przypomnę, że chodzi między innymi o Facebooka, Twittera, Amazon i iPhone'a. Tutaj chciałbym tylko krótko przedstawić przypadek Twittera. W początkowym etapie (przyciąganie) Twitter był darmową, otwartą platformą mikro-blogową gdzie każdy mógł szybko dzielić się krótkimi wiadomościami. Największą jego zaletą było otwarte API, dzięki któremu niezależni developerzy mogli tworzyć własne integracje i interfejsy. Na etapie monetyzacji wprowadzono reklamy i promowane tweety, a później płatną weryfikację kont. Ostatnia faza to algorytmiczne filtrowanie feeda, shadow bany, zamknięcie API, rosnące koszty dla twórców w postaci płatnej promocji i kont premium. Zmiany te wymusiły na użytkownikach płacenie, akceptowanie reklam i ograniczoną kontrolę nad własnymi treściami — dokładnie to, co Doctorow opisuje jako trzy-etapowy proces 'zgównowacenia'.

Na koniec jeszcze najnowsza ploteczka dotycząca OpenAI i ich ChataGPT. Jak wiele osób (w tym ja) przypuszczało jest tylko kwestią czasu, aż ChatGPT zacznie wyświetlać reklamy. I wygląda na to, że tak właśnie będzie już niedługo — media branżowe powoli zaczynają o tym pisać. Do tej pory Microsoft i inne big techy pompowały kasę w modele generatywnej AI. Oferowano płatne wersje czat-botów ale jak widać to już nie wystarcza aby inwestycja zwróciła się w sensownym horyzoncie czasowym. Czas na reklamy. Czas na pełną “enshittification” 💩

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl

Dziś będzie wpis z gatunku #tutorial. Pociągnę wątek zdecentralizowanego komunikatora, który już teraz może być sensowną alternatywą dla Signala czy WhatsAppa. Część z was pewnie się zastanawia jak zacząć przygodę z Delta Chat (w skrócie DC). Otóż nie ma nic prostszego. Na początku warto wspomnieć, że DC to komunikator wieloplatformowy. Możesz więc korzystać z niego na telefonie (najbardziej oczywisty wybór dla większości osób), ale również na komputerze, tablecie czy laptopie. Poza tym nie ma tutaj żadnej zależności pomiędzy urządzeniami, bo aplikacja działa niezależnie na dowolnej platformie. Dla porównania Signal wymaga instalacji na telefonie i podania numeru telefonu aby móc korzystać z wersji desktopowej. Tutaj tego wymagania nie ma – możesz mieć DC tylko na komputerze albo tylko na tablecie. Autorzy aplikacji nie ograniczają cię w żaden sposób. Jeśli o mnie chodzi to lubię mieć DC na każdym urządzeniu ;) Dzięki temu mogę odpisywać na wiadomości gdziekolwiek się znajduję.

Na tym etapie warto jeszcze wspomnieć, że DC, w przeciwieństwie do popularnych komunikatorów, nie opiera się na numerze telefonu. I ja rozumiem: dla niektórych to będzie przeszkoda nie do pokonania. Bo przecież jest to kwestia wygody. Ktokolwiek zna mój numer może od razu do mnie napisać / zadzwonić na WhatsAppie (ok, do mnie akurat się nie dodzwoni bo z WA nie korzystam). Miej to więc na uwadze, ale doczytaj proszę do końca bo być może przekonam cię do wypróbowania DC.

Ok, przejdźmy zatem do krótkiej instrukcji dla początkujących. W domyślnym scenariuszu zakładam, że masz telefon z Androidem i chcesz bez zbędnych formalności zacząć czatować. Oto jakie (mniej więcej) kroki musisz wykonać.

  1. Pobierz aplikację Delta Chat ze sklepu Play: KLIK. (Alternatywnie możesz skorzystać z F-Droida: KLIK)
  2. Przy pierwszym uruchomieniu utwórz nowy profil. Aplikacja domyślnie tworzy konto na oficjalnym przekaźniku. Możesz jednak wybrać mniej zatłoczony serwer, np. mailchat.pl. W tym celu użyj innego serwera, a następnie przejrzyj listę serwerów chatmail. Jeśli dobrze się przyjrzysz to zauważysz jeszcze jedną opcję: klasyczne logowanie e-mail, której jednak na razie nie będziemy omawiali. W zależności od twojego dostawcy poczty (np. Gmail, Fastmail, Posteo) będzie to działało lepiej lub gorzej. Idźmy więc dalej.
  3. Przy zakładaniu profilu (na wybranym serwerze chatmail) podaj swój nick i ewentualnie dodaj zdjęcie profilowe. W zależności od twojego poziomu paranoi możesz podać jakiś pseudonim lub po prostu imię i nazwisko – pełna dowolność.

Ok, pierwszy etap właściwie za nami. Tylko jakoś tu pusto... Aby móc czatować musisz dodać kilka kontaktów znajomych. I to może być świetna okazja aby namówić parę osób do zainstalowania apki :) Dobrze, jak zatem dodać twój pierwszy kontakt? Są na to 2 sposoby.

  1. Osobiście. W trakcie spotkania możesz zeskanować kod znajomego lub członka rodziny. Działa to zresztą w obie strony. Odpowiednią ikonę znajdziesz w prawym górnym rogu lub przy próbie rozpoczęcia nowego czatu (plusik na dole). Pamiętaj aby pozwolić aplikacji na dostęp do aparatu.
  2. Zdalnie przez link z zaproszeniem. Kroki są podobne, tyle że zamiast skanować kod udostępniasz specjalny link prowadzący do twojego profilu. Najlepiej to zrobić poprzez inny bezpieczny komunikator, ale SMSem też da radę. Jeśli to ty dostałeś/aś linka to wystarczy w niego kliknąć i rozpocząć czat.

To naprawdę jest takie proste! Ach, prawie bym zapomniał: jeśli z jakiegoś powodu powiadomienia nie przychodzą na czas warto w ustawieniach powiadomień zaznaczyć opcję “wymuś połączenie w tle”. Teraz nic cię nie ominie.

Na koniec jeszcze słowo na temat klasycznego logowania e-mail. Oczywiście można z DC korzystać z niemal dowolnym dostawcą poczty (w końcu pod spodem to tylko e-mail) ale trzeba brać pod uwagę ograniczenia narzucane przez tychże dostawców. Przykładowo mogą oni zdecydować, że w ciągu dnia nie wyślesz więcej niż 500 wiadomości. I nawet jeśli cię to nie dotyczy to i tak zalecam użycie osobnego konta / profilu do czatowania, a w tym przekaźniki chatmail przecież się specjalizują. Mi to oczywiście nie przeszkadza i korzystam z kilku profili ;) Na jednym z nich zalogowałem się nawet do poczty służbowej i w ten sposób czytam korespondencję od studentów :D

To tyle na dziś. Do następnego!

Skomentuj na fediwersum: @michal@101010.pl